|
Zakładki:
Moje inne archeoblogi
Polecam
Sponsorzy wykopalisk w Nakum
|
piątek, 30 września 2011
Nasi w waszyngtońskim National Geographic
Ale, po kolei: we wrześniowym amerykańskim wydaniu NG ukazała się publikacja o odkryciu przez krakowskich archeologów grobowca majańskiej królowej sprzed około 2000 lat. Jasne, supersensacja. Tyle że odkrycia dokonano pięć lat temu. Ale jest w tekście GN coś, co pozwala przypomnieć to wydarzenie... Otóż Jarek Źrałka, Wiesław Koszkul, Bernard Hermes i Simon Martin, o których pisałam na tym blogu, właśnie teraz opublikowali w Antiquity artykuł na ten temat. Oba materiały są ilustrowane wspaniałym zdjęciami Roberta Słabońskiego. Pokazywałam je już i na blogu i przy rozmowie z Jarkiem i Wieśkiem - o tym wlaśnie królewskim grobowcu - sprzed kilku lat, ale, co mi szkodzi to przypomnieć? Zwłaszcza że teraz, po tekście w NG, informacja pojawiła się - jako news, oczywiście - w różnych zagranicznych mediach, jak np. w Daily Mail
Na zdjęciu wyżej: 2006 rok. Archeolodzy zaglądają do właśnie odkrytego grobowca. Na zdjęciu w środku: Szczątki kobiety - prawdopodobnie majańskiej władczyni - sprzed około 2000 lat. Niżej: jadeitowy pektorał
Zdjęcia: Robert Słaboński i Projekt Archeologiczny Nakum
piątek, 05 sierpnia 2011
Yaxha, znaczy niebieska lub zielona woda
Pejzaż wokół Yaxha Archeolodzy dobrze znają to duże i ważne stanowisko. Yaxha, malowniczo położone nad jeziorem o tej samej nazwie, było jednym z największych miast Majów w Gwatemali. Leży około 11 kilometrów na południe od Nakum (pod drodze z Santa Elena do Nakum). - Z całą pewnością w czasach Majów istniały silne kontakty między obydwoma miastami, a Nakum zapewne było zależne od Yaxha – napisała mi Kasia.
Yaxha W ostatnich latach Yaxha było intensywnie badane przez Bernarda Hermesa. Mimo to zostało tam jeszcze wiele do zrobienia. To miejsce jest wyjątkowe pod wieloma względami. Jeden z nich to ten, że miasto ma oryginalną nazwę z czasów prekolumbijskich. - Innym stanowiskom z reguły nadawane są nazwy współczesnie. W tym przypadku jednak został odczytany hieroglif z napisem Yax-ha - powiedział mi Jarek. W książce, „W krainie czerni i czerwieni. Kultury prekolumbijskiej Mezoameryki”, którą napisał do spółki z Justyną Olko, wyczytałam, że yax znaczy zielony lub niebieski, a ha – woda.
Yaxha
Z tej samej książki dowiedziałam się, że centralną część miasta zajmuje tzw. Akropol Północny złożony z trzech potężnych piramid. Największa z nich, po bokach której stoją dwie nieco mniejsze, ma ponad 30 metrów wysokości. Jej szczyt wieńczy niewielka piramidka i dwie platformy, których fasady zdobią maszkarony.
Jarek i Kasia w Yaxha. Robert tradycyjnie robi zdjęcia Do budowy Akropolu Północnego Majowie zużyli około miliona metrów sześciennych ziemi, kamieni i zaprawy. Fasadę ogromnej platformy na której stoją te trzy piramidy ozdobili wykonanymi w stiuku rzeźbami mistycznych istot.
Yaxha
Zdjęcia: Robert Słaboński
czwartek, 04 sierpnia 2011
Poza Maya – raj rabusiów
Na pierwszym planie Kasia Radnicka. Jarek Źrałka zagląda do jednego z głębokich wkopów rabunkowych na stanowisku Poza Maya
W tym roku jednak - w ramach weekendowych wycieczek i dokumentowania graffiti - ten czas wreszcie się znalazł. Jarek: - Te niewielkie ruiny do dziś badano tylko sondażowo. Zniszczyli je rabusie. Najważniejsze budowle - zwłaszcza piramidy – dosłownie są przeszyte wkopami z wszystkich stron. - Na zdjęciach widać potężne wkopy rabunkowe, przecinające budowlę od szczytu do podstawy. Rabusie, gdyby mogli, to pewnie rozebraliby piramidę do cna. Archeolodzy dokumentują te zniszczenia, zabezpieczają budowle na ile się da i czekają na lepsze czasy z wykopami – dodała Kasia. Sondażowe badania pokazały, że Poza Maya przeżywała wielki rozkwit w tzw. wczesnym okresie klasycznym (ok. 250-600 n.e.) a więc wtedy, kiedy nastąpiła niewielka stagnacja w sąsiednich Nakum i Yaxha. - Możliwe że na skutek jakichś kryzysów politycznych dynastia królewska - albo jej część - przeniosła się do Poza Maya – przypuszcza Jarek. - Stanowisko słynie głównie dzięki wielkiemu zbiornikowi na wodę, który wygląda niesamowicie z lotu ptaka. Jakieś dziesięć lat temu miałem okazję zrobić jego zdjęcia z helikoptera. Widok piorunujący: ocean zieleni i na środku niewielki kwadracik - to właśnie ta aguada - miejsce do przechowywania wody pitnej i może też wody, której używano do nawodnienia pól.
Okolice Poza Maya
Jutro będzie o wycieczce do Yaxha, potem - do San Clemente, a na koniec - rarytas. Niespodzianka. Zdjęcia: Robert Słaboński
czwartek, 21 lipca 2011
Ten, który zawsze był niewidzialny
Archeolog dr Jarek Źrałka (z lewej) i fotografik Robert Słaboński
Wkrótce zamieszczę kolejne zdjęcia zrobione przez Roberta. Zdjęcia: Projekt Archeologiczny Nakum
piątek, 01 lipca 2011
Graffiti Majów, podobnie jak współczesne, bywały beznadziejne
Przerysowywanie prekolumbijskich graffiti w Nakum. Na zdjęciu Joanna Religa (od lewej), Katarzyna Radnicka i Marcin Bartoszek. Kasia powiedziała mi, że graffiti przerysowywane jest zwykle na folię mazakiem do CD
Przyda się bardzo do habilitacji, którą przygotowuje, a która poświęcona będzie właśnie prekolumbijskim graffiti Majów. I pomyśleć, że przez dziesiątki lat naukowcy w ogóle się tym nie zajmowali, wychodząc z założenia, że to bazgroły dzieci, albo pospólstwa z prowincji, które zasiedliło opuszczone przez elity pałace. Teraz Jarek przygotowuje katalog wszystkich stanowisk, na których graffiti się znajdują. W tym roku przejrzał więc ponownie wszystkie miejsca z rysunkami w Nakum i pobliskim Yaxha, by zrobić lepszą dokumentację. - Robert zrobił też zdjęcia w podczerwieni – opowiada Jarek. - Większość graffiti na tych stanowiskach jest wyryta, ale część została wymalowana, zwykle czarną farbą. To malowane graffiti znacznie lepiej widać na zdjęciach w podczerwieni niż na zwykłych. Jest na nich masa szczegółów. Robert dodał, że to dlatego, że w podczerwieni widać nawet te resztki pigmentu, których nie dostrzega ludzkie oko.
Graffiti z Yaxha. Również na zdjęciu wyżej Zdaniem Jarka duża część malowanych graffiti ma raczej „młodą metrykę”. - Ale nie ma reguły – zaznacza. - Często takie malowane graffiti znajdowane są również we wczesnym kontekście.
Wyżej, na zdjęciu lewym, graffiti malowane czarną farbą na ścianie jednej z budowli w Nakum, sfotografowane w podczerwieni. Obok to samo graffiti widoczne gołym okiem
Zdaniem Jarka, w Nakum i w Yaxha autorami większości graffiti wyrytych krzemiennymi lub obsydianowymi przedmiotami na stiukowych ścianach pałaców byli mieszkańcy tych budowli: - Wskazuje na to tematyka obrazów. Mogli je zrobić tylko ci, którzy znali te wydarzenia i związaną z nimi symbolikę. Musieli więc to być przedstawiciele elit Majów. Bo większość graffiti przedstawia po prostu sceny z ich życia. Jarka w graffiti Majów fascynuje to, że można w nich zobaczyć rzeczy, których bardzo często nie znajdziemy w przedstawieniach oficjalnych np. na kamiennych stelach czy ołtarzach. Przykłady? - To choćby rysunki o charakterze erotycznym, akty seksualne, dużo przedstawień atrybutów płciowych męskich, a zwłaszcza żeńskich – opisuje. - Na oficjalnych malowidłach ich nie ma, a procesje zdarzają się bardzo rzadko. Nie każde graffiti wzbudza podziw Jarka. - Część jest zwyczajnie prymitywna i prosta – opowiada. - Ale zdarzają się wyszukane, zbliżone do malowideł a nawet płaskorzeźb i scen przedstawionych na pięknie polichromowanej ceramice Majów.
Większość graffiti odkrytych w Nakum, Yaxha i San Clemente datowanych jest na tzw. schyłkowy okres klasyczny (ok. IX-X w. n.e.). Jest też grupa przedstawień (zwykle wykonane są czarną farbą), które powstały później, w okresie postklasycznym, kiedy elity odeszły z miasta. Dużo informacji o graffiti Majów można znaleźć na stronie instytutu archeologii UJ. Zdjęcia: Robert Słaboński i Projekt Archeologiczny Nakum
czwartek, 30 czerwca 2011
Jeszcze o laborce i... uroczej włochatej sąsiadce
Kasia Radnicka w laboratorium. Prawda, że pięknie prezentuje naczynia posklejane przez Tona Contrerasa?
Kasia tuż przed wyjazdem - mimo nawału prac, ostatnich spisów, notatek, segregowania i porządkowania ceramiki - zdołała wraz z Robertem przysłać mi kilka zdjęć z laboratorium. Ponieważ ciągle dręczyłam ją pytaniami, co tam robi, napisała mi w końcu tak: „Pytałaś o prace w laborce. Niestety jest wyjątkowo niefascynująca, bo tak naprawdę nie robimy nic innego niż do tej pory. Studenci skończyli analizować ceramikę, Tono konserwuje resztki z naszej ceramicznej kolekcji, a Robert fotografuje.” I jeszcze „Ostatnio odkryliśmy, że przez dłuższy czas mieliśmy uroczą, włochatą sąsiadkę, która ulokowała się tuż obok drzwi do naszego pokoju. W małej dziurce między płytami zamieszkała tarantula. Postanowiliśmy nazwać ją Tekla, bo to takie tradycyjne pajęcze imię :)”
Kasia w laboratorium wśród zbudowanych przez Marcina regałów zapełnionych skrzynkami z ceramiką. Zdjęcia: Robert Słaboński i Projekt Archeologiczny Nakum
środa, 22 czerwca 2011
Tono, mistrz rekonstrukcji i konserwacji
Tono Contreras, zatrudniany w tym sezonie przez szefów Projektu Archeologicznego nakum, ma 30-letnie doświadczenie w konserwacji różnych zabytków. Pracował w różnych projektach: w Tikal, w Yaxha, a kilka late temu także w Nakum. - Konserwował nam wtedy takie gliniane główki - mówi Jarek. - Potem jednak nie mieliśmy pieniędzy, by go zatrudnić, ale w tym roku udało się.
Wiesław Koszkul, jeden z szefów Projektu Archeologicznego Nakum, i konserwator Tono Contreras. Przed nimi sklejone przez Tona naczynie wydobyte z Grobu 2 W laboratorium w Santa Elena Tono zajmował się głównie ceramiką z polichromią: kleił ją i konserwował. Jarek jest pełen uznania dla jego umiejętności: - Mieliśmy kilka kawałków naczyń pokrytych hieroglifami, na których była cienka warstwa wytrącenia wapiennego. Bardzo twarda. Niczym nie można było jej zdrapać. Tono zastosował jakieś odczynniki chemiczne, które sprowadzaliśmy mu nawet ze stolicy, bo na miejscu nie można było ich kupić. Usunęły tę warstewkę nie uszkadzając polichromii. Kiedy pokazał nam ten oczyszczony fragment, nie mogłem uwierzyć, że to to samo naczynie. Nie było nawet śladu po tych wytrąceniach wapiennych, a wszystkie glify były widoczne i wyraźne: fragment pióropusza, ręka jakiejś tańczącej postaci.
To jest jeden z fragmentów talerza pokryty twardą wapienną warstwą. A niżej, na małym zdjęciu oczyszczony kawałek naczynia.
Jarek chce zatrudnić Tona i w przyszłym roku. - Chcielibyśmy, by zajął się konserwacją tego fryzu, który znaleźliśmy w poprzednim sezonie, i dwóch stel - mówi. - Jedną odkryliśmy także rok temu, a drugą - teraz. Z ta drugą stelą to ciekawa historia. Nasi archeolodzy pojechali w jeden z weekendów do Nakum. Stela leżała w północnym sektorze. Zupełnie na wierzchu. - Przechodziliśmy koło niej wiele razy, ale nikt jakoś nie zwrócił na nią uwagi – opowiadał Jarek. - Pewnie dlatego, że rozbita jest na co najmniej kilkanaście kawałków. Powiedział nam o niej nasz współpracownik Bernard Hermes. Stwierdził, że kiedyś coś takiego w tym miejscu widział, więc sprawdziliśmy. I znaleźliśmy. Niestety, jest bardzo zniszczona. Ale są na niej ślady glifów. W przyszłym roku chcemy przekopać miejsce w którym leżała, a Tono dokona jej konsolidacji.
O Tono Contrerasie mówi tak: - To bardzo pracowity bezproblemowy człowiek. Wykonał tu superrobotę. Teraz rekonstruuje wielkie naczynie, które ma ponad pół metra wysokości. Tono to także bardzo ciekawy człowiek. W swoim fachu jest wolnym strzelcem. Jednocześnie co jakiś czas zatrudniany jest jako konserwator do różnych projektów archeologicznych. Pracę daje mu niekiedy nawet Instytut Antropologii i Historii Gwatemali, instytucja, która ma w tym kraju monopol na prowadzenie badań i wykopalisk archeologicznych. Kiedy nie jest wziętym konserwatorem, Tono Contreras mieszka z żoną i ośmiorgiem dzieci w swojej posiadłości w wiosce Las Vinias, gdzie ma dużo ziemi i kilkadziesiąt sztuk bydła. - Ostatnio kupił sobie szczeniaka rottweilera, żeby mu domu pilnował – dodał Jarek. Robertowi Słabońskiemu tak zaimponowała cierpliwość Tono Contrerasa, że z upodobaniem fotografował go wielokrotnie...
czwartek, 16 czerwca 2011
O dzielnym stolarzu i życiu w Santa Elena
Skype choć trochę ułomny, bo ciągle zanika w nim głos, umożliwił nam wczoraj osobistą rozmowę. Jej uczestnicy: Kasia, Jarek, Robert i ja. Dziś mogę więc przekazać „żywe słowa” od naszych archeologów w Gwatemali, a nie tylko te napisane w mailu. Zdecydowanie taki bezpośredni kontakt bardziej lubię. Bo i dopytać o coś można w każdej chwili, i od razu otrzymać odpowiedź... Bez czekania, którego nie znoszę chyba najbardziej na świecie. Jarek i Robert od razu poinformowali mnie, że w regionie Peten przedłużony został o miesiąc stan wyjątkowy. Na dowód przysłali pierwszą stronę miejscowej gazety z czołówką, która to obwieszczała. Kasia z kolei opowiedziała mi, co działo się w Santa Elena, kiedy rozpoczęły się walki wojska i policji z „narcotraficantes”, czyli przemytnikami narkotyków. - Pierwsze informacje o tym, że tu była taka masakra dostaliśmy z Polski. SMS-ami od rodzin, które martwiły się o nas. Kupiliśmy więc gazetę i przeczytaliśmy, że na jedną z plantacji napadła właśnie ta grupa narcotraficantes. Szukali właściciela. Nie znaleźli, więc zamordowali wszystkich - piłą łańcuchową. Odcięli głowy. Szczątki podobno leżały wszędzie. Wtedy rząd stwierdził, że trzeba z tym walczyć i wprowadził stan wyjątkowy. Ponoć ludzie, którzy dokonali tej masakry, przyjechali potem do Santa Elena. Z Magdą miałyśmy na żywo relację z tego, co się działo. Kiedy w przerwie pracy wyszłyśmy sobie do pobliskiego sklepu po lody, po drodze zatrzymała nas Amerykanka, jadąca pick upem. Chyba mieszkała w Santa Elena. Powiedziała: „Dziewczyny nie chodźcie w tamtą stronę, bo tam jest „drug activity” i jest niebezpiecznie.” Szybko kupiłyśmy więc tylko lody i wróciłyśmy do bazy. Krótko potem usłyszałyśmy strzały. Całe serie. Stan takiego podwyższonego ryzyka trwał w mieście około tydzień. Baliśmy się wychodzić. Wszędzie pełno było wojska, nad domami latały wojskowe helikoptery. Nie wystawialiśmy więc nosa za drzwi. Dlatego byliśmy bezpieczni. Teraz część mieszkańców miasteczka uważa, że to nie byli ci ludzie, którzy dokonali tej masakry, tylko jakaś zupełnie inna grupa. Zginęły dwie czy trzy osoby. Wiesław Koszkul i Tono Contreras a przed nimi naczynie z Grobu 2, które będzie przez Tono oczyszczane i konserwowane Jarek dodał: - Działa tu organizacja terrorystyczna Zetas. Skupia głównie Meksykanów. Koncentruje się na biznesie narkotykowym i kontroluje teren od Ameryki Południowej po Stany Zjednoczone. Walczy z konkurencją i z policją. Podobno gwatemalscy narcotraficantes ukradli im duży transport kokainy. Odpowiedzialny za to miał być właściciel tej finki, czyli plantacji. Podobno ci z Zeta przekroczyli granicę meksykańsko-gwatemalską 12 samochodami z 50 ludźmi i pojechali prosto do tej posiadłości. Ale tam byli tylko jego pracownicy, więc wszystkich zamordowali. Aż trudno sobie wyobrazić, że w takich warunkach archeolodzy potrafili zorganizować sobie bazę. - Mamy tam stale wynajęty tylko jeden mały domek. Ale łącznie z gwatemalskimi archeologami i studentami pracowało tam nawet 13 osób. Trzeba było wynająć jeszcze jeden dom. Po sąsiedzku – opisywał warunki życia w Santa Elena Jarek. - W jednym powstała pracownia z zabytkami i naszym sprzętem archeologicznym, a w drugim sypialnie i kuchnia. Jarek z uznaniem opowiadał, że w meblowaniu laboratorium nieoceniony okazał się Marcin Bartoszek: - Stwierdził, że jeśli dostanie deski i drewniane belki, zrobi do laboratorium meble. Jednego dnia rozrysował je i dał listę potrzebnych mu rzeczy. Następnego je otrzymał, a potem tylko stukał i piłował. Nikt z nas chyba nie wierzył, że mu się uda. A jednak... W trzy, czy cztery dni dzięki niemu powstało piękne pomieszczenie z półkami, na których można było ułożyć ponad sto drewnianych skrzynek z zabytkowym materiałem. Wcześniej te zabytki przechowywane były w 50-litrowych workach. - Trudno było po nie sięgać – dodała Kasia. Marcin, który nieoczekiwanie objawił swe niezwykłe talenty stolarskie, był w pierwszej turze osób, które wraz z Wiesławem Koszkulem (razem z Jarkiem szefują ekspedycjom w Gwatemali) zjechała do Santa Elena. Razem z nim były jeszcze: Kasia Radnicka i studentki Religa i Magdalena Rusek. Zdjęcia: Robert Słaboński i Projekt Archeologiczny Nakum
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Mało atrakcyjna „laborka”?
Nasi majolodzy z Uniwersytetu Jagiellońskiego skupili się w tym roku głównie na opracowaniu tego, co odkryli do tej pory, a nie mieli czasu, by dokładnie zbadać, opisać i poddać konserwacji.
Ceramolodzy Bernard Hermes i Juan Luis Velasquez pracują w laboratorium z gwatemalskimi studentami
„Najpierw w kwietniu przyjechały do Gwatemali Katarzyna Radnicka i Magdalena Rusek. Analizowały jeszcze materiały z naszego grobowca znajdujące się w Muzeum Archeologicznym w Gwatemali. Głównie jadeity, które Magda opracowuje do swojej pracy magisterskiej. Potem - lądem – dotarła do nich dwójka innych studentów: Joanna Religa i Marcin Bartoszek, którzy wcześniej zwiedzali Meksyk. Wiesiek Koszkul przyleciał pod koniec kwietnia. Po zorganizowaniu bazy z początkiem maja ruszyły prace nad opracowaniem materiałów. Pracowaliśmy od poniedziałku do soboty włącznie, a w niedziele zwiedzaliśmy sąsiednie stanowiska.”
Konserwator Tono Contreras w trakcie oczyszczania fragmentów talerza, którego brzeg ozdobiony jest tekstem glificznym
Trzyosobową ekipę z Polski zasilają gwatemalscy współpracownicy: Bernard Hermes i Juan Luis Velasquez, którzy są znakomitymi znawcami ceramiki Majów, Antonio Contreras, konserwator, i Breitner Gonzalez, architekt pracujący nad trójwymiarowymi rekonstrukcjami badanych przez naszych archeologów budowli. Jarek o pracy w laboratorium w Santa Elena napisał: „Wiem, że praca w laborce to niezbyt przebojowy temat, ale może coś da się z tego sklecić.” Rozumiem te wątpliwości, bo dziennikarze z reguły takimi rzeczami interesują się mniej, jeśli nie wcale. Tylko że mnie ciekawi wszystko, co robią archeolodzy. A od kwietnia zrobili już wiele ciekawych rzeczy. Oto, co wyliczył mi Jarek: * dokumentacja prekolumbijskich graffiti z Nakum i Yaxha, do której zdjęcia w podczerwieni zrobił Robert. Jarek zapewnia, że widać na nich więcej niż na normalnych fotografiach; * odwiedziny na stanowisku Poza Maya, leżącym obok Nakum, które zostało strasznie splądrowane przez rabusiów, i w którym w przyszłości planują rozpocząć badania archeologiczne. „Niektóre wkopy rabunkowe zniszczyły niemal w połowie lub w jednej trzeciej piramidy. Budowle zostały wręcz rozebrane” - napisał; * poza tym w laborce Robert porobił dużo wspaniałych zdjęć zwłaszcza ceramiki.
Jarek Źrałka (pierwszy z lewej) z gwatemalskimi ceramologami - Bernardem Hermesem i Juanem Luisem Velasquezem Próbkę tych fotografii prezentuję dziś, ale na dokładne opisy (także osób) musimy cierpliwie poczekać... Mam problem z łączeniem się z Gwatemalą, a potrzebne mi są wyjaśnienia osób bieglejszych w tych kwestiach. Na przykład Roberta właśnie, autora zdjęć. Spójrzcie choćby na jego eksperyment z piramidą...
Tu mamy piramidę w naturze, czyli taką, jak ją widzi ludzkie oko...
...a wyżej eksperymenty Roberta, dzięki którym archeolodzy więcej widzą... Zdjęcia: Robert Słaboński
sobota, 11 czerwca 2011
Jak nie Pacaya to wojna mafii narkotykowych
Kiedy rok temu rozpoczynałam blog o Nakum i pracujących w tam krakowskich archeologach, dr Jarosław Źrałka, jeden z szefów Projektu Nakum, dotarł do miasta Gwatemala akurat wtedy, kiedy wybuchł wulkan Pacaya. Z nieba zamiast deszczu leciał czarny piasek i popiół – pisał mi. Sytuacja była poważna, więc prezydent Gwatemali ogłosił stan klęski żywiołowej.
Tym razem natura oszczędziła naszym archeologom dodatkowych atrakcji, ale ludzie... nie. Oto niesamowity e-mail od Jarka, którego napisał mi dwa dni temu:
Bernard Hermes i Juan Luis Velasquez, ceramolodzy, przy pracy Tak oto zaczynamy tegoroczne relacje z prac krakowskich archeologów w Gwatemali. Następna notka będzie mniej sensacyjna, ale nie mniej ciekawa... Zdjęcia: Robert Słaboński |